piątek, 7 września 2012

"In My Arms we Shall Begin"


16 festiwali (jutro ostatni). Na liczniku cos kolo 6,000-6,500 kilometrów. Setki zdjęć. Dziesiątki wpisów na blogu. Dwa hostele i masa mieszkań prywatnych (ogromne dzięki!). Pociagi, metro, SKMki, samochody, hulajnoga, tramwaje, trolejbusy. Dwie torby i jedna drabinka. Wielokrotnie Kraków, Katowice i Warszawa. "Blood Bank" na Openerze. Jednokrotnie Wrocław. Obdrapane klatki schodowe i ściany z marmuru. Dziury w ulicach. Spacer po Piaskach Nowych. Dworzec Centralny i widok na Pałac Kultury. Marynarka i dekolt. Piasek z gdyńskiej plaży, wypadający z kieszeni podczas ważnego biznesmitu. Maile do i z Oslo. Euro frustracja. Śledziu i Szopa. Pizza ze szpinakiem i krewetkami. Nemy wegetariańskie. Nikonowska 35/2.


Tanie środy z Orange. Dzieci i psy. Pierwszy wykład. Obsługiwanie lasera i krioterapii na rehabilitacji. Koncerty życia i totalne nudziarstwo. Ukochane murale. Pomidorowa od brata. Falafel. Biurowiec serwisu Niezal Codzienny. Przypadkowe spotkania. Masa nowych płyt, magazynów i gratisów. Płyta Braci Figo Fagot. Latanie z Babcia po mieście. Dziesięć filmow analogowych. Rozwalone buty i czyste futra. Karty u dentystów w Katowicach i w Krakowie. Pierwszy crowdsurfing. Dużo deszczu. "Hardlakes" Indigo Tree. Batman. Spacer do domu po afghanwhigsowym afterze. Złoty Osioł. Deszcz, upał, jesień, prawie śnieg, porywisty wiatr, czyli lato w Polsce. UL/KR na plaży. Osiem par zatyczek. Niedzielne obiady z Michałem. Gorączka w pociągu. Piwo przy BarCe. Szybki wypad na Wolę z dwoma Reddsami. 1926.


Elaborat przed koncertem Death In Vegas. Cudowny koncert duety Nadja w Krakowie. Obowiązkowa zapiekanka na Kazimierzu. Majowe wschody słońca. Najgorsza lazanja we wszechswiecie, ale w najlepszym towarzystwie. Ręcznik odnaleziony po dwóch latach w innej lokacji niż go zostawiłam. Pogo na Rosettcie. Jedna zgubiona drabinka, zaginione dwie pary skarpet i nieodżałowana piżama. Zupy z torebek. Odkrycie "Younger Us" Japandroids. Zapach flamastrow i swąd roztapiajacego się betonu. Green Zoo. Lody na krakowskim rynku. Spacery po Wrocławiu. Zapalenie gardła. Pepsi Twist w puszce na pożegnanie. Seans Avangersow w Kinie Kijow. Nordic na Bloniach. Kałuże w Warszawie. Jesień w Gdyni. Squarepusher z kosmosu. Megabajty tekstu przeslane na BBMie czy GaduGadu. Fuck Buttons i The Field na Nowej Muzyce, czyli jak na dwie godziny zapomnieć o całej reszcie i po prostu tańczyć.


Sezon festiwalowy 2012 uwazam za zakończony. Your best memories are kept on shitty photos. Lepszego podsumowania nie ma. Dzięki wszystkim!

8 komentarzy:

  1. Set fajny. Ale brzmi jakbyś się ze światem żegnała :D
    a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo się żegnam. Do następnego sezonu festiwalowego :)

      Usuń
  2. najlepszy post z najlepszych postów :) czyta się w zabójczym tempie z wypiekami na twarzy :)
    kurwa chyba mam nudne życie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie masz! weź nie narzekaj bo u Ciebie też się dzieje a i pomyśl o tym ile z tych rzeczy przeżyliśmy razem! kurde, zabrakło "daszka" :)

      Usuń
  3. Spacer do domu po afghanwhigsowym afterze. - właśnie, nie spytałam, znaczy dotarłas :D
    i na "Szopa" zwróciłam uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dotarłam i żyję! a to było mega dziwne, ale i fajne. I jedynie godzinka :)

      a Szopa to z Osiedla Swoboda!!! Sledziu mi narysował! nawet w jednym z wpisów jest - tym z Cudawianków!

      Usuń