czwartek, 28 czerwca 2012

"Na Szybko Spisane I"

Dziś, supriza, żadnych zdjęć, za to kilobajty tekstu i inauguracja nowego działu na blogu. Do czego odliczam minuty na Openerze, co przykuje moją uwagę i czego wyczekuję - dziś małe intro do 4 dni muzycznej celebracji, muzycznego święta i festiwalu, do którego mam największy sentyment, choć przyszło położyć mi stopę na wielu innych imprezach. I tak, wiem, że na tej imprezie gra jeszcze masa innych, czasem lepszych, czasem gorszych zespołów, ale to jest mój TOP, który mam spisany na kartce i którego muszę wysłuchać. Bo o ile Off czy Tauron to imprezy do poznawania i odsłuchawania w realu znalezisk z internetów, Opener to festiwal do przeżywania tego, do czego mamy największy sentyment. A sentymentami nie wygra nawet najlepszy i najbardziej profesjonalny trolling.



Bjork

Rok 91 albo 92. Nowe, pachnące remontem i Alternatywami 4 mieszkanie. Duży telewizor, kradziona kablówka z kanałami w stylu Country Music Television czy Music Television. To był taki moment w którym nocne softpornowe programy wprowadzały moich kolegów w nowe rewiry podglądactwa, a mnie przyciągnęło własnie MTV. O każdej porze dnia i nocy. W zdrowiu i chorobie. Jednym z pierwszych klipow, który wypełzł z ekranu był przerażający i wbijający się w pamieć, "Human Behavior". Na Islandkę poszedł foch, a ja na parę lat trzymałam się od niej z daleka, ale jak mogłam inaczej, skoro gigantyczny misio powstrzymywał mnie od samotnego spania i prześladował po nocach? I nagle, w czasie mojej najwiekszej zajawki japońską animacją i komiksem, ktoś do sieci wpuścił teledysk z Shoujo Kakumei Utena z podkładem z "Bachelorette". Wszystko się zmieniło, a ja rozpoczęłam nadrabianie. Chciałabym kiedyś podać Bjork rękę na zgodę, mówiąc "Sorry, że tak wyszło, że zmarnowałam te paręnaście lat nie słuchając Ciebie.". Ona pewnie popatrzyłaby się na mnie tak jak makler giełdowy patrzy się na ubranego w swój uniform, hardcore punka. Z pewną dozą współczucia, niezrozumienia i strachu. Co robić.



Orbital

Orbitala poznałam dopiero w liceum i jest mi z tego powodu bardzo wstyd. Dopiero wtedy okazało się ze poza muzycznym szajsem słuchanym przez moich podstawówkowych znajomych istnieje inny, nowy świat. Kolega ogarnął gdzieś kopie filmu Human Traffic, z ostem tak genialnym, ze trudno nie okazywac szacunku nawet myśląc o tej produkcji. Potem Radiostacja meczyla "Funny Break" i tak dalej. Nagle okazało się, że ich numer był na soundtracku z Mortal Kombat i już wtedy było lepiej niż bardzo dobrze. A potem był doskonały set na pierwszej edycji Selectora. Wsiąkłam.



New Order

Z New Order mam taki problem, ze stworzyli godziny świetnej muzyki - nie bali się babrać w elektronice, kontynuować dzieła swojej poprzedniej formacji (debiut to przeca czyste Joy Division, ale bez Curtisa) czy porywać się na eksperymenty, ale... Pech chciał, ze to Joy Division poznałam pierwsze, że to Unknown Pleasures było pierwszą płytą kwartetu z Manchesteru, a to niesie za sobą pewne konsekwencje. Nawet gdyby wyszli na scenę, uzbrojeni w gumowe węzę i krzesla i odwalili performance polegajacy na robieniu z tych krzesel koron z ozdobnikami z węży, ja i tak bylabym zadowolona. Swoje już zrobili. "Ceremony" to cover ich pierwszej formacji, i choc nienawidzę jak coverują swój pierwszy twór, to ten numer jest wyjatkowy. Nie wydany na żadnej regularnej plycie Joyow, z przemocnym tekstem, doskonała aranżacją i ładunkiem emocji. Grają go jako czwarty numer w setliście. To bedzie mój moment.





Bon Iver

Te to są psotniki. Nagrywają EPke i pełne sidi, moje koleżanki zakochują się w nich, niczym podstawówkowa "ja" w całej piątce Backstreet Boys, świat szaleje na punkcie folkow nagranych w jakiejs chacie... Zasadniczo mamy więc szał ciał, mdlejące fanki, sygnowana serie botów i podnietę większą niż przy ogłaszaniu wyników Lotto. Bon Iver jako całość nie wywołuje u mnie szalu i nie mam ochoty malować sobie na twarzy ich logo, ale...Panowie zarejstrowali 4 utwory, które rozkładają mnie na łopatki, zostawiają plącząca na ulicy i rozmyślającą o swoim życiu uczuciowym, niczym nastolatka czytająca z wypiekami na twarzy fotostory w najnowszych numerach Bravo. Więc zdecydowanie coś tu jest nie tak. Do tego doszły jakieś osobiste konotacje do tych dwoch powyższych piosenek, a jak wiemy, sentymenty w muzyce to rzecz najgorsza bo obdziera czlowieka z obiektywnego wyłapywania dźwięków. Jak to zrobili - nie wiem. Jednego jestem pewna - kiedy pan Vernon dojdzie do wersów "You said "Ain't this just like the present // To be showing up like this" // As a moon waned to crescent // We started to kiss", będę popalać papierosa i zalewać się łzami, jak w 2010, kiedy to w dość nieoczekiwanych okolicznosciach przyszło mi wysłuchać "Black" Pearl Jamu. Obym tylko przez swoje sentymenty nie przegapiła działania sekcji dętej bo ta jest wyborna!



Dry The River

Nie wydali jeszcze płyty, a na offowym koncercie nawaliło ludźmi jakby za darmo rozdawali funty, alkohol albo gwiazdy internetowych niezalportali prowadziły prelekcje i podpisywały skrinszoty profili na fejsie. Zagrali w deszczu, emocje rozdzielając powoli na wszystkich zebranych i pięknie płynęli pomiędzy instrumentalami, a warstwą liryczną. Płyta w końcu wyszła i moim oczekiwaniom nie sprostali, ale (bo zawsze jest jakieś 'ale') wydali singielek "No Rest". Tam to z lekką pretensjonalnością w glosie i rozbrajającą bezradnością, pan wokalista opowiada nam o tej strasznej miłości, co to włożył w nią całą energię, a teraz guano z tego wyszło. Nie można przegapić okazji, aby wykrzyczeć z całych sił "Did you see the light in my heart? Did you see the sweat on my brow? Did you see the fear in my heart? Did you see me bleeding out?" i w ten sposób pozbyć się choćby promila frustracji związanych z naszymi związkowymi pomyłkami. A potem można mieć relaks.



Bloc Party

Pamiętam jak Maciek, mój dobry kumpel z którym odkrywaliśmy rożne muzyczne ciekawostki, zapodał ten numer. Za sprawą Macosa usłyszałam też "Darts Of Pleasure" Franza Ferdinanda czy "Seven Nation Army" White Stripesów. Debiut Bloców świetny, ale to "Banquet" i, moj ulubiony numer londynczykow, czyli "Like Eating Glass" wypalili dziurę w pamięci niczym miecz Obi Wana Kenobiego w ciele mlodego Anakina Skywalkera. Marzeniem było by uslyszec na żywca M83 i londyńczyków wykonujących razem "Pioneers" w tej przepięknej wyciszonej wersji. Ustawienie Bloc Party i Franzów po sobie zwiastuje powtórkę z indie matury w 2006, prawie czterogodzinne tany i powrót do czasów działającego kręgosłupa. Czekam.



UL/KR

Tak, znowu oni. Nie będę tu pisać po raz enty o emocjach jakie wywołują ci kosmici, ale o 17.00 zamierzam sobie usiąść na drabince na Tent Stage, zamknąć oczy na 30 minut i odlecieć nie używając przy tym środków odurzających. Panowie udowodnili że można.



M83

Zanim M83 stało się ulubioną kapelą wrażliwej młodzieży, było swoistą ciekawostką dla:

1) kinomanów (kto pamięta świetny trailer do Nochnoi dozor z "Undrecorded" jako podkładem?)
2) osób wiedzących co to Pitchfork
3) nerdów, wygrzebujących ciekawą muzykę z internetów

Potem przyszła pamiętna płyta "Saturdays = Youth" i ostatnią, przyzwoitą, ale nie dorównującą swoim poprzednikom, "Hurry Up, We're Dreaming". Dziś Gonzalez potafi wyskoczyć nawet z telewizora, muzycznie ilustrując reklamę jednego z browarów, a hasło "Midnight City to fajny singiel" to jeden z obowiązkowych podpunktów podrywu "na hipstera".

W 2009 zagrali na Openerze. Dwa dni przed koncertem odwiedził mnie kumpel, poprosił żebym zapuściła "Colours" i zaczął to rozprawiać o tym, że trzeba koniecznie iść, bo cośtam, bo wydarzenie. Machnęłam ręką i użyłam osoby jego ojca jako kontrargumentu, ziewając przy tym ostentacyjnie. Przewijając akcje, z openerowego koncertu wyszłam ze łzami w oczach, solidną porcją zakwasów, niedowierzaniem i brakiem checi na jaką kolwiek interakcje z innymi, bo "popsują ten moment". W tym samym roku widziałam koncerty m.in. Faith No More, The Dillinger Escape Plan, FlyLo, Caspiana, Sunn O))), HEALTH czy The National i nikomu z nich nie udało się mnie podejść w taki sposób w jaki zrobili to Francuzi. Ciekawe jak będzie teraz.



Justice

Nie zmienili mojego życia, nie wystukiwałam w klawisze kolejnych pochwał na ich temat i nie uprawiałam recenzenckiego onanizmu wypowiadając się o debiucie. Nie mam do nich takiego sentymentu jak do Chemical Brothers, Underworld czy Juno Reactor. Byli za to inicjatorami drugiej fali mojej fascynacji taneczną elektroniką i za to podwórkowy szacun. A "Stress" zdecydowanie w tym pomógł.



Sbtrkt

Bo Caribou nie gra w tym roku, a rok bez koncertu Caribou to rok stracony. W zastępstwie mamy więc pana w masce. Będzie bardzo, bardzo dobrze!

środa, 27 czerwca 2012

"Out In The Streets"


Bycie fanem Pearl Jam, który nie jest właśnie na trasie, ma takie oto minusy: zamiast przeżywać koncert w hali, siedzisz do 23, wciskając F5 na klawiaturze lub przycisk "refresh" w komórce. I wpieniasz się na setlisty. Kiedy pojawił się wpis, że zagrali Smile i Rats, myślałam, że to szczyt szczytów. Ale wtedy poleciało to:



I jak tu się panie premierze, nie wkurwić?






poniedziałek, 25 czerwca 2012

"Colony"



Pierwszy ślub w tym sezonie. A od jutra porządki w zdjęciach i w domu.

"Erase Rewind"



Wyjazdy do LDZ polegają na tym, że stawiam podeszwę buta na dworcu LDZ Kaliska i już pierwsza łza pada mi na lico, bo jest to dla mnie miasto tak brzydkie, że nawet wywalenie Piotrkowskiej marmurami nie pomoże. Łodzianie, wiecie jak jest. Jesteście wspaniali, fajni i tak dalej, ale Wasza aglomeracja jest gorsza niż Śląsk. A to już osiągnięcie. Miasto zdecydowanie nadrabia ludzmi i za każdym razem uwielbiam tu wpadać, siedzieć u JoasioAdamów czy GosioŁukaszów, macając ich płyty (czego to oni nie mają - test pressy Isis? Są. Wszystkie Toole? Są. Wypaśne, niczym kinder niespodzianki w latach 90iątych wydania płyt Unkle? Check.) czy po prostu konwersować o największych pierdołach. Fajnie, że rejestracje na facebooku i last.fm zaowocowały takimi znajomościami. Szkoda, że wyjazd był dość szybki i składał się jedynie z podziwiania uroków PKP, obiadu z Asią i jednego wesela, które to upływało pomiędzy jednym radiowym hitem, całkiem przyjemnym testowaniem dwóch obiektywów i wiadomościami ze Stolicy. Te ostatnie zresztą prawie spowodowały zmianę fajnal destinejszyn i rozpętały plan, aby w niedzielę zamiast w Gdyni pojawić się w Warszawie, zostać do poniedziałku, a w międzyczasie intonować przez cały pobyt te oto dwa wybitne numery:





Nie pytajcie skąd ta zbitka Reznora z chłopakami z Prosto. Tak wyszło. To i tak lepsze niż jesień w Łodzi:)





sobota, 23 czerwca 2012

"Teen Angst" [100]


Setny post na blogu zbiegł się z taką jedną przyjemną sprawą. Olga Drenda przeprowadziła z Arturem Rawiczem i z moją skromną osobą, paropytaniowy wywiad, składający się na foto-koncertowy poradnik. Pisanie odpowiedzi na szybko, pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, zdecydowanie nie wpłynęło korzystnie na stylistykę, ale wiadomo, ze jako typowy nerd nie odpuszczę okazji do wbicia paru easter eggow do tej wywiadowej miski. Mam nadzieje, ze tekst się przyda i ktoś z niego skorzysta.

Swoją drogą, mamy czerwiec i na blogu stuknął setny post. Miało być mało zdjęć i dużo tekstu - wyszło fotograficznie. Miało nie być osobiście - kolejne wpisy to pamiątki po wyjazdach, przerywniki pomiedzy delegacjami, fotograficzne znaczniki poszczególnych kartek w kalendarzu i wchodzenie ludziom na chaty. Miał być nieporządek w chaosie - powstało parę serii. Fajnie, że tu zaglądacie. Dzięki. Nie zmieniło się tylko jedno założenie i wciąż jest tu dużo muzyki, a będzie jej jeszcze więcej. W końcu to jest najważniejsze.

(PS. Łódź od Trójmiasta różni się tym, iż po 5 minutach przebywania w tej aglomeracji wszystko się klei. Chyba to się nazywało lato. I ludzie mają tu dziwne komputery z logiem jabłka)

czwartek, 21 czerwca 2012

"Whatever"



Za szczyla wychowywałam się na brytolskim MTV - stąd pewnie sentyment do tych wszystkich oasisów, blurów, stonerrosesów, mybloodyvalentinów czy faithlessów i orbitali. Pewnie dlatego co roku musi polecieć w odtwarzaczu Trainspotting i Human Traffic, a widząc slogan "Choose Life..." raczej się uśmiecham, nie żenuje. Te dwie dziewczyny spotkane wczoraj w gdańskiej strefie kibica przypomniały mi o konflikcie, który powinien dawno leżeć w ziemi, zakopany przez dubstepy, revival zimnej fali czy hip hopowe beefy. A jednak. Młodzi pamiętają. Uśmiech miałam do końca dnia.

A zdjęcia z koncertu pana Noela tutaj. Ale nie ma czym się chwalić. Z takich dystansów World Press Photo nie będzie..



W głowie teraz na porządnym ripicie ten numer.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

"Kwiecień"


O 18:07 telefon, że trzeba jechać bo portrety na 19 są. Szybko, krótko, sympatycznie. Rozmowy o bezpieczeństwie na Euro. Zdjęcie powstało jako ilustracja do artykułu na portalu Trójmiasto.pl.

niedziela, 17 czerwca 2012

"Viper"


Wrocław 2012. Wyjazd przełomowy. Było godnie.

Bilans na ten tydzień: zaproszenie do 4 akcji (z czego jedna rysunkowa) i jeden przecudowny analogowy pomysł. Rozciągnę dobę do 48 godzin.

sobota, 16 czerwca 2012

"The Diamond Sea"




W sumie - cały czas mogłabym fotografować morze, a konkretnie odcinek ściśnięty pomiędzy gdyńskim Skwerem Kościuszki a dziką plażą.

Te zdjęcia przypomniały mi o mojej ulubionej piosence Sonic Youth. Tu w różnych wersjach, w oryginale to 20 minutowy kolos, bez zbędnego dźwięku i niepotrzebnego wersu. Mistrz w każdym calu i numer przenoszący cię w inny, niekoniecznie materialny, wymiar. Wywołujący jednoznaczne skojarzenia z przecudownym październikiem 2011. Chciałabym mieć na singlu.





A potem przypominasz sobie jak oglądałaś zjutubowany, ostatni koncert Soniców i jak było tobie smutno, bo nie mogłaś uwierzyć co dzieje się z tym zespołem i jak bardzo zmarniał...

No to jeszcze cover:

piątek, 15 czerwca 2012

"Cremonia Memories"


Wracasz z pracy a tam Mela. Fanka piłki nożnej (i to nie od mistrzostw do mistrzostw), koneserka dobrej muzyki i osoba, co do której masz pewność, że w niedzielne popołudnie będzie popijała kawę w Desdemonie. Poza tym, pięknie śpiewa "Beautiful Feeling" PJ Harvey. I ogarnia wszystko i wszystkich.

czwartek, 14 czerwca 2012

"Angels Without Hands"




Koncert Snow Patrol w teorii i lekkiej praktyce miał status "zamkniętego". Trzeba było albo być z Irlandii i kupić bilet, albo mieć farta i kupić bilet, albo (w ramach pracy) pokombinować i mieć bilet. Ale warto było. Klimat nieziemski, tylko szkoda, że już nie grają tego.

środa, 13 czerwca 2012

"We're In This Together"


Wiadomo. Jest Euro. Nie nastąpiło cudowne ozdrowienie i dalej nie rozumiem fenomenu piłki nożnej, ale to pewnie wina tego, że w dzieciństwie chodziłam w bluzie Seattle Sonics a nie koszulkach z Del Piero. A z przyśpiewek piłkarskich to ja mogę zanucić tylko coś takiego. Przynajmniej wczoraj śpiewałam, kiedy inni zdzierali sobie gardło na zarzniętym do granic możliwości anthemie Polskabiauoczerwoni.

Ale już niedługo analogi. Jak tylko panowie z labu przestaną oglądać mecz i przypomną sobie, że na nie czekam.




wtorek, 12 czerwca 2012

"Nic nie ma nie"


To jest Jacek. Poznaliśmy się na pięknym koncercie. Bardzo pięknym, takim który wkuwa się w głowie i zostaje wbity do twojej dwudziestki, a nawet dziesiątki najlepszych koncertów na jakich byłeś/byłaś. Jacek robi zdjęcia i pracuje w sklepie Nikona. Kolega z Krakowa.



Ta piosenka też była na tym koncercie. A potem był spacer i nocleg w legendarnej lokacji na Bogusławskiego.

niedziela, 10 czerwca 2012

"Fokionos Negri Street"



Sopot zalany kibicami, Sfinks też, ale paradoksalnie wczorajsza impreza na 5 z dużym plusem - świetne, napędzane basem i burakowym flow sety, pod DJką dobra ekipa z takimi zasobami pozytywnej energii, że mogli by napełnić nią parę generatorów. Dużo integracji z zagranicznymi, prośby o zdjęcia i tym podobne. Sympatycznie. Pełna galeria tutaj a kolejna sobota zakończona oglądaniem wschodu słońca. To już czwarta pod rząd.

piątek, 8 czerwca 2012