wtorek, 25 września 2012

"Road To Nowhere"





Odebranie zeskanowanych filmów z analoga (dzięki Paweł!) z okresu czerwiec-wrzesień, to chyba największa bomba emocjonalna z jaką się ostatnio spotkałam. Cyfra, cyfrą (tak, można wykopać z cybernetycznych odmętów archiwa jednak te już się kiedyś widziało), ale zaskoczenie towarzyszące oglądaniu fotografii zrobionych w określonym celu, w pewnych sytuacjach czy w specyficznych miejscach potrafią człowieka zamienić w rozsypujący się domek z kart. Dlatego dziś najbardziej neutralnie, choć nie do końca bo foty powstały w drodze na pamiętnego Taurona.

"There's a city in my mind, come along and take that ride and it's all right"

poniedziałek, 24 września 2012

"Się †"






Ponad tydzień temu, razem z Michałem Kropińskim, poszliśmy sobie na spacer taką oto trainspottingową częścią Warszawy. Wrażenie pozytywne, taka trochę planeta małp z wystającym Pałacem Kultury. Plus nielegalne squaty i obozowisko żuli. Ci ostatni resztą poprowadzili z nami krótką, acz owocną konwersację, ale sfotografować się nie dali. Nic na siłę. A i tak musiałam odpowiedzieć na pytanie "dlaczego ja te fotki tak napierdalam?". Lubię takie wypady. Coś się dzieje, coś jest, są historie. Zupełnie inaczje niź w ten bezproduktywny, wkurwiający weekend. Najgorzej to pozostawać w stanie zawieszenia, generowanym przez jakiś bezproduktywny zombie mode. Niepewna Warszawa w tym tygodniu, czy szwankujące nikonowskie 35/2. Fajnie byłoby osobiście odwiedzić warszawski serwis Nikona bo szybciej bym się dowiedziała co i jak. Ale nic nie wiadomo.

Wczoraj do rąk trafił mi lipcowy Aktivist (z refleksem też ostatnio słabiej) a tam artykuł Michała o trainspottingu i łażeniu tak gdzie nie wejdziesz z obcasami. Wyszło bardzo fajnie, ale nie ma się czemu dziwić skoro Kropiński jest znamym kochankiem miejskich przestrzeni, rdzy i anegdot z warszawskich suburbii.










piątek, 21 września 2012

"Psychodela"





Miało być innego, ale jest okazja. Dziś na ekrany wchodzi "Jesteś Bogiem". Film oglądałam ponad tydzień temu w Studiu im. Agnieszki Osieckiej na projekcji o którą trójkowa ekipa długo i zażarcie walczyła. Całość ładnie jedzie na sentymentach, przypomina parę sytuacji i uświadamia, że w polskim szołbizie tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Nie PFK, ale też Magik na wokalu. W tym kultowym utworze, którego słuchał i słucha każdy mój znajomy udający się na testy a potem czekający na wynik. Siedzenie z taką osobą, w klinice i czekanie na to aż ktoś wywoła jej nazwisko to coś co zdarzyło mi się w życiu dwa razy. Cokolwiek o tym napiszę, pozostanie śmiesznym banałem więc polecam po prostu posłuchać Magika. Tekst bardzo aktualny. Nie tylko na ten moment w którym, trzymając głowę w dłoniach, czekamy aż wyczytają numer naszej karty.



"Ile, ile ja bym dał byle o tym nie myśleć"

czwartek, 20 września 2012

"Naked As We Came"



Wola i mała część warszawskiego Śródmieścia. Chciałabym tam wrócić znów pofotografować ulice.

















Niespodziewanie zaatakował mnie dziś Iron & Wine i wspomnienie o kosmicznym koncercie tego projektu na zakończenie Off Festivalu 2008. Zaczęli od tego a potem już było tylko smutniej i piękniej. Cudowny kościół w Mysłowicach, szał z biletami przed koncertem i bootleg, który przygrywał potem często i gęsto.



W setliście zabrakło mojego ukochanego numeru, który działa jak natychmiastowy wyciskacz łez i spowodował kiedyś ogromne wzruszenie, podczas oglądania pewnego serialu. Najpiękniej.



"She says "wake up, it's no use pretending""