wtorek, 10 lipca 2012

"Empty Vessels Make the Loudest Sound"



Chwilowa przerwa w zdjęciach z Openera. Dziś sprocketowy Kraków.




"And Relax!"



Gdyby ktoś zapytał mnie co najbardziej wstrząsnęło mną na tegorocznym Openerze, chyba po raz pierwszy nie miałabym problemu z odpowiedzią. Stephen Morris grający na perkusji w New Order i "Anioły w Ameryce" Warlikowskiego.

Takiego odbioru chyba nikt się nie spodziewał - kolejki do namiotu teatralnego, zaproszenia zdobywane "cudem", ludzie przyjeżdżający specjalnie TYLKO po to, aby zobaczyć to przedstawienie, publika siedząca na schodach, piętnaście minut owacji.

I choć druga część nie udźwignęła wrażenia jakie zostawiła po sobie pierwsza, całość oglądało się z prawdziwą przyjemnością i lekkim ukłuciem w sercu. Do teraz w głowie mam trzy sceny: moment w którym pijany Joe (świetny Stuhr) dzwoni do swojej matki, a ta kończy rozmowę klasyczną frazą tarozmowanigdysienieodbyła, Chyrę tłumaczącego dlaczego ma raka wątroby na nie AIDS i kulminacyjny moment pierwszej cześci, gdzie przeplatają się dwa wątki, doprawione muzyką Sigur Ros. Każda scena obnażająca ludzką hipokryzję.

Kto będzie miał możliwość (a będzie jeszcze?), niech koniecznie idzie.



poniedziałek, 9 lipca 2012

"Channel 1 Suite"



Dla mnie esencja tegorocznej edycji Openera - portrety. Dzięki Pawłowi mogłam do woli testować 35/2 i chodziłam, portretowałam, obserwowałam. Czysty fun. Szukam sponsora na szkło. Nie zmarnuje się! Typowo festiwalowe zdjęcia za parę chwil/godzin. Działo się a tegoroczny Opener to najlepsza edycja od lat. I muzycznie i klimatycznie. Tylko pogoda nie dopisała.







sobota, 7 lipca 2012

"Banquet"


Nie zagrali mojego numeru, ale dzięki panu Kele mam chyba już koncertowe zdjęcie tej edycji. Dzięki.

Jutro (a w sumie dziś) Warlikowski i jego Anioły w Ameryce.

środa, 4 lipca 2012

"Continuous Smooth Jazz Trepanation"


To już, to zaraz to za moment. Kolejny Opener, cztery dni muzyki i wdychania oparów błota, testowania vege żarcia z Avocado Catering, przypadkowych spotkań i koncertów różnej jakości. Dzień przedopenerowy należał (jak co roku) do odwiedzin w Programie Alternatywnym. I częstych wypadów na dworzec. Paradoksalnie, ta edycja to dla mnie bardziej chęć usłyszenie pewnych piosenek, spotkania pewnych osób i sztuka przez duże literki. Dla Warlikowskiego zawalę nawet obowiązkowe wysypianie się.


Był przypadkowo spotkany Marcel.



Nieprzypadkowo odebrana Gosia.


Gwiazdy internetów i przedziałów.


Marek i Ania. I tak, wszyscy jechali jednym pociągiem, z trzydziestostopniowych tropików w samo oko zimna.